Włosy na tyle długie by związać je w koński ogon (lub mysi, w zależności od tego do jakiego zwierzęcia akurat się porównujesz) mają tę zaletę że nie trzeba liczyć ze akurat trafi się dobry włosowy dzień kiedy to wszystko ułoży się jak trzeba nigdzie nie powstaną gniazda ptasie czy też kacze kupry czy jak to kto woli określać przejawy buntu na głowie. Dziwnym trafem określenia te są zawsze ptasie, a wszystkie ptaki jakiem znam mają fryzury nienaganne jakby właśnie wyszły od fryzjera.

Ja zaś wyglądam zwykle jakby piorun miotłę strzelił lub też jakby moją fryzurą zajmowała się krowa używając do tego języka i sporych zapasów śliny. Jednak czasem dopada mnie chęć wyglądania jak człowiek i wtedy podejmuję walkę z moimi włosami o to by wreszcie wyglądały tak jak powinny, a że naturalnie przejawiają niewielkie skłonności do kręcenia jak polityk tłumaczący błędy w zeznaniu majątkowym to walka polega na tym by osiągnąć loki jak sprężynki lub choćby coś przypominającego mniej konstrukcję gniazda Wikłacza.

Moja fryzjerka (prawdziwa, nie liżąca mnie podstępnie krowa) zachęca mnie do noszenia rozpuszczonych włosów, próbowania różnych kosmetyków i tak dalej, a ja zachęcam siebie do spinania tych włosów w może niezbyt urodziwy ale umiarkowanie schludny kok lub też zwykły kucyk kiedy akurat mam więcej zaufania do wyglądu włosów. W końcu ważniejszy jest święty spokój niż ciągła walka o to żeby wyglądać jak ktoś kto nie musi walczyć ze zwierzęcymi porównaniami.
Kogo ja oszukuję, przecież przy następnym myciu włosów znów spróbuję zmusić włosy do pokazania swojej lokowej natury.
czasem taki ‚nieład artystyczny’, choć by i na głowie ma też coś intrygującego w sobie
PolubieniePolubione przez 1 osoba