Byłam na targu staroci, wśród ludzi którzy może chcieli coś kupić, może sprzedać, może tylko sobie pooglądać, a może nie mogli wyjść na pierwszy wiosenny spacer bez jakiegoś celu, a ten wydał im się dość dobry.
Byłam i głównie szukałam gdzie zgubiłam Paulinę, bo mój mózg tak działa że halo, proszę wycieczki podążamy za zielonym balonikiem i wszyscy trzymają się za rączki. Ale też szukałam czegoś co mnie zainteresuje i aparatów które interesują mnie ale nie na tyle żeby kupić. Na tyle to interesowały Paulinę. (spoiler: kupiła)

Wszystko wydawało mi się takie zupełnie nie dla mnie, a nawet jak coś mi się podobało „dla mnie” to zaporowa była cena nieprzystająca do tego że to jednak rzeczy stare ale nie zabytki, że tu rysa, tam przetarte… a w mieszkaniu został taki bałagan że nie było by gdzie dorzucić ewentualnych nabytków. Ostatecznie skończyłam z czarno białą książką o malarstwie polskim i przekonaniem że te obrazy pomogą mi ogarnąć swoje umiejętności kadrowania, bo przecież nie doboru koloru, oraz z filiżanką. Dla babci, ja bardzo chciałam filiżankę ale na żadnej nie było znaczka że można ją myć w zmywarce.

Przydał mi się ten wyjazd bo tygodniu udręki po usunięciu zęba. Najłatwiej było skupić się na pracy, ale gdy akurat zdarzył się dzień wolny spędziłam cały w łóżku unikając rozmów, ludzi i myślenia. A potem wróciłam do bycia dorosłym człowiekiem, załatwiać sprawy urzędowe, pracować i tankować auto. To ostatnie boli obecnie bardziej niż zapalenie szczęki.

Przydała mi się też wizyta sentymentalna w herbaciarni w której lata temu bywałam dość często. Zmieniła się zupełnie tak jak całe to moje miasto. Inny wystrój i światło, ale herbata wciąż ta sama i załapałam się jeszcze na stary szyld nad drzwiami. Tęskniłam od dawna, choć raczej bardziej za ówczesną atmosferą i tym jak mało ważna była wtedy w życiu praca.
