Wiecie, że Star Trek ma już 60 lat? Ostatnio tak uderzył mnie upływ czasu przy 50. rocznicy Doctora Who. 13 lat temu. I choć brytyjski klasyk jest starszy, to właśnie to szwendanie się po kosmosie bez ciągłego zahaczania o Londyn jest dla mnie ciekawszą historią. Dlaczego? Bo zaczyna się od nienudnej utopii.
Kosmos, ostatnia granica
Muszę odświeżyć sobie starsze serie, co zajmie wieki. To w końcu 725 odcinków. W najstarszych seriach nasza załoga to ekipa teatralnie dramatycznych, dziwnych wujków, którzy w latach 70. mogli uchodzić za nowoczesnych, a dziś bywają nieco żenujący. Ale i tak ich kochamy.
Później nadeszło Następne Pokolenie, DS9, Voyager. To wielowątkowe historie, w których postacie dorastają i zmieniają się, a my mamy czas, by budować z nimi więź i polubić w końcu nawet tych, którzy wydawali się nie do polubienia. Zwykle nie są to seriale wybitne, ale ten świat żyje, jest spójny i barwny.
W tych pierwszych serialach widzieliśmy zjednoczoną ludzkość, która pociągnęła za sobą sporą część galaktyki. Ale z czasem coś zaczęło się sypać. Za czasów Kirka starcia były przygodą, a wojny elementem eksploracji, podczas gdy Enterprise szukał nowych światów i cywilizacji. W czasach Picarda wojny były dramatami cywilów, a pokój skomplikowanym układem, który rodził kolejne konflikty. Odkrycia wciąż były istotne, ale wielka polityka mieszała w życiu każdej istoty na pokładzie niemal tak często, jak potężne kosmiczne byty z dziwnym poczuciem humoru.
DS9 i Voyager to już walka o przetrwanie. Ideały i chęć odkrywania zderzyły się z problemami, które przerastały jednostki. A te jednostki wciąż musiały walczyć, bo przecież były oficerami Gwiezdnej Floty i miały pewne standardy. Sisko musiał zmierzyć się ze swoją nieregulaminową rolą Emisariusza, tętniącą życiem stacją nękaną ciągłymi awariami, przemytem, interesami Ferengi oraz polityką, zarówno tą wielką, galaktyczną, jak i tą lokalną, dotyczącą ledwo wyzwolonej planety i jej byłych okupantów. Janeway miała inny problem. Musiała odnaleźć się w zupełnie nieznanym rejonie z załogą złożoną z oficerów Floty i wojowników o wolność. Stał się to serial o samotności, zagubieniu i nowych niebezpieczeństwach, które z radosnego zachwytu nad światem uczyniły ciągłe poszukiwanie drogi do domu. I kawy.
Nic dziwnego, że nowsze produkcje wróciły do starych, dobrych czasów, gdy patrzyliśmy w gwiazdy z nadzieją, a nie z lękiem przed rozpadem sojuszu, nagłymi żartami bądź sądem Q albo asymilacją przez Borg.
Jedynie serial Picard kontynuował wątki „przyszłości” i choć był piękny wizualnie, współczesny format krótkich sezonów nie pozwolił na zgłębienie wszystkiego. Obserwowaliśmy, jak Następne Pokolenie staje się Poprzednim Pokoleniem. Widzieliśmy, jak radzili sobie Romulanie, poznaliśmy spuściznę Daty i dawnych wrogów, którzy udowadniali, że też ewoluują (często w groźną stronę). Jednak w ciągu trzech sezonów zabrakło czasu na wędrówkę wśród gwiazd. Było to domknięcie historii z serialu i kilku filmów, podarowanie nam jeszcze kilku chwil z kochanymi bohaterami, ale osobiście wciąż miałam poczucie schyłku jakby to był bardzo długi ostatni odcinek.
„I can reach any star…”
Pamiętacie serial Enterprise, opowieść o pierwszym statku o tym imieniu? To on zabrał ludzi tam, gdzie nie dotarł nikt wcześniej. To tam rodziła się ta wkurzająca Pierwsza Dyrektywa, która często wydawała się przeszkodą stworzoną tylko po to, by odcinek był ciekawszy. Ale w Enterprise widać jej głęboki sens. Bez niej wcale nie jest łatwiej ani lepiej. I choć ludzie uważali się za lepszych odkrywców niż ich nowo poznani sojusznicy z gwiazd, musieli przyznać, że wolkańskie podejście do obcych cywilizacji miało swoje zalety. Budowali pierwsze przyjaźnie z obcymi gatunkami; były tarcia i przygody, z których narodziła się Federacja.
Nowe seriale, te tworzone po 12 latach przerwy, zwykle trzymały się czasów przed misją Kirka. To bezpieczny okres pełen nadziei, pytań i szans na historie, które nie muszą dźwigać ciężaru polityki trzech kwadrantów, za to mogą uzupełnić braki w starych opowieściach. Najwyraźniej to, że znamy „te czasy”, wcale nie znaczy, że w tajnych aktach Gwiezdnej Floty nie ma czegoś ciekawego. A ile historii z tych akt usunięto? To też świetna odpowiedź na filmowe rebooty. Po co nam alternatywna rzeczywistość, skoro w tej głównej jest jeszcze tyle do opowiedzenia?
Choć patrząc na nowe wątki, mam jedno pytanie:
Spock, ile ty masz jeszcze rodzeństwa? I czy nie ma gdzieś w galaktyce małych spociątek?