Czasem gdy wracam z pracy jestem tak zmęczona interakcją z drugim człowiekiem, że nawet nie chcę sobie przypominać że tez jednym jestem. Ofiarą tego często staje się higiena. Jeśli ciało na mnie nie krzyczy że czegoś potrzebuje to tego nie dostanie, subtelne wskazówki nie działają. Tylko to co niezbędne do przetrwania czyli jedzenie i sen, a i to jedzenie to tak za dużo powiedziane bo niby rozsądek podpowiada że najlepiej było by wykorzystać tę sałatę kupioną w przypływie nadziei i dobrego samopoczucia, ale z drugiej strony mózg dopomina się chrupania więc kończy sie w okruszkach, poczuciu wstydu i pościeli którą już jutro na pewno zmienię, bo dziś to bez sensu skoro się nie myłam…

Prysznic staje się wyprawa przy której Mount Everest może się schować. Tam to przynajmniej ktoś wniesie sprzęt. Skoro więc i tak jest to wyprawa, walka o przetrwanie i ćwiczenie charakteru to paradoksalnie sprawa staje sie łatwiejsza gdy pojawiająsie utrudnienia. Gdy prysznicem jest drewniany stelaż gdzieś pod drzewami, wodę trzeba najpierw naciągnąć ze studni pradawnym żurawiem, potem w czarnym worku grzać przez cały dzień żeby była akceptowalnie ciepla na koniec dnia to prysznic staje się rytuałem. A mózg lubi w rytuały.

Dlatego przeniosłam te trudności na grunt domowy. Nie ze nagle wykopałam studnie na parkingu i strugam żurawie ramię, ale zrobiłam sobie rytuał. Teraz to są specjalne kapcie i kilkanaście kosmetyków. To kolor myjki pod kolor płynu pod prysznic i olejek o zapachu pasującym do dnia. Utrudniłam sprawę i stała się ona łatwiejsza.
No i dużo zdziałały leki. Jeszcze trochę i może nawet będę w stanie skorzystać z rady „idź popiegać”, o ile oczywiście dobrzy ludzie od takich rad wezmą odpowiedzialność za lokalne trzęsienia ziemi.
Bo na mojej osobistej planecie to będzie górotwórcze trzęsienie ziemi.