Cud ze śmietnika i z ubezpieczenia

Wyniosłam śmieci od razu, bez ich leżakowania w przedpokoju do „dobrego momentu”, a to byl dopiero poczatek cudów.

Każdy kto spotkał mnie na gruncie zawodowym usłyszał jak wspaniałą sprawą są ubezpieczenia, jak wielkie korzyści daje nam zostawienie w sklepie kilku stówek więcej i że nie tylko tyle że kierownik nie będzie przeprowadzał rozmowy o tym jak to powinnam więcej sprzedawać. Ale prywatnie też jestem fanką ubezpieczeń, zwłaszcza jako posiadaczka Cud-Auta.

Cud że jeździ.

Cud jakie ma wyczucie gdzie przestać.

Ale wracajmy do śmieci. Wyniosłam je mimo że miałam ze sobą sporo szpargałów na wycieczkę. I zostało mi to wynagrodzone bo oparte o śmietnik były dwie piękne deski. Cudownie drewniane, albo przynajmniej wiarygodnie drewnianopodobne i jak się okazało na długość pasujące do auta tak ze po obróceniu przedniego fotela można było jedną położyć na nim i tylnym tworząc w ten sposób łóżko. I nawet miały wycięte rogi tak ze idealnie pasowały w miejsca gdzie jest zapięcie pasów i dźwignia do zamykania fotela. Jakbym sama wycinała to by mi tak dobrze nie wyszło.

I się nawet świetnie składało bo jechać ze mną miały trzy istoty w tym jedna wzrostu w sam raz na mini łóżko z siedzeń i deski, jedna nieco wyższa która skorzystała by ze zwykłego łóżka no i trzecia która była psem więc oczywiste że spać miała wtulona w istoty ludzkie ewentualnie tak wpasowana w nogi, plecy i ręce żeby nie dało się ruszyć bez budzenia całego auta.

Widzicie ten zachwyt na pyszczku? No, ja też nie.

Moje auto oczywiście niezawodnie zawiodło. A odjechałyśmy już dość daleko bo jego pojękiwania na górkach interpretowałam jako narzekanie na nadmiar obowiązków,  znaczy że musi jechać i jeszcze wiać klimą. Ale okazało się ze jednak nie, że to sprzęgło, coś o czego istnieniu przypominałam sobie tylko w momencie gdy zaczynało śmierdzieć.

Jak śmieci w przedpokoju.

Teraz czas na podróż po kalendarzu, bo wszytko to miało miejsce w niedzielę i to nie byle jaką bo wielkanocną, wszystko było zamknięte, ale ostatkiem sił doczłapał o się auto na parking z jedyną w okolicy otwartą Żabką więc jak każdy rozsądny człowiek w obliczu awarii poszliśmy na lody.

A potem sprawdziłam swoją polisę ubezpieczeniową bo pamiętałam że wybrałam coś ponad minimum wymagane przez prawo i to coś ponad to było holowanie przez 75 kilometrów. Byłam 65 kilometrów od domu. Cud ze dojechałam tak daleko I ze nie dojechałam dalej również.

Potem wszytko potoczyło się zaskakująco szybko bo już trzy godziny później szukaliśmy akumulatora w lawecie która po mnie przyjechała i postanowił się rozładować w czasie załatwiania formalności bo gdyby to się nie wydarzyło wyjazd byłby zbyt nudny i za mało pamiętny.

Choć i tak istnieje opinia że to nie była wycieczka „tylko jakieś mechanikowanie” i ja absolutnie nie zamierzam temu zaprzeczać.

Dodaj komentarz